akcja Konin
Miasto dla Obywateli - Obywatele dla Miasta


VI. Leszczyńscy i Ejzenowie (cz. 3)

2022/04/19


Projekt „Żydowski Konin – miejsce nie tylko na mapie” i blog, który jest jego częścią,  dotyczą małomiasteczkowego świata żydowskiej społeczności, który trwał do czasu II wojny światowej.

Jednak dziś jest rocznica wybuchu powstania w warszawskim getcie, a obok naszej granicy jest wojna, w trakcie której znów bestialsko mordowani są ludzie. Dlatego – w ostatnim już odcinku o Leszczyńskich i Ejzenach – umieszczamy fragmenty wspomnień Marii Leszczyńskiej Ejzen, koninianki, która jako dziecko trafiła do getta:  

„Byłam szczęśliwa przez sześć lat. Było to w moim rodzinnym miasteczku Koninie, gdzie mieszkał ród Leszczyńskich – właścicieli wiatraków, młynów i olejarni i ród Ejzenów – ludzi bez majątku, którzy sami dochodzili do wszystkiego: lekarzy, prawników, komorników, a nawet wiedeńskich aktorów. Mój Ojciec Majer Juda Ejzen był adwokatem. Pamiętam sprzed wojny śmierć dziadka Ejzena i jego ortodoksyjny pogrzeb, ślub pod hupą ciotki Miry Leszczyńskiej, pamiętam mieszkania moich krewnych, uroczystości rodzinne, szabaty u babci Rózi, jej czarodziejski grający nocnik. Szczęśliwe sześć lat!

W 1939 roku mój Ojciec został powołany do wojska. Ja z Mamusią i rodziną Leszczyńskich ruszyliśmy do Poddębic, do majątku prababci, a potem do Warszawy: wierzyliśmy, że tam nie dojdą Niemcy. Pamiętam dramatyczną wędrówkę konnym wozem przez Polskę, bombardowanie, oblężenie Warszawy, pierwszą krew i trupy. Po kapitulacji odnalazł nas Ojciec. Konin był już zajęty przez Niemców, straciliśmy wszystko, nie było do czego wracać. W listopadzie 1940 roku przenieśliśmy się do warszawskiego getta. Mój piękny, semicki Ojciec nie nadawał się na aryjska stronę, w Warszawie nie znaliśmy nikogo, wszyscy nasi krewni szli do getta. Zamieszkaliśmy w dużym wielopokojowym mieszkaniu przy ulicy Nowolipki, tuż przy murze. Ojciec zaczął pracować jako robotnik w młynie. Wszyscy byli na jego utrzymaniu: babcia Rózia Leszczyńska, ciotka Hanka Nasielska z rodzicami, wujek Ickowicz. Jedliśmy wspólnie i coraz mniej. Wtedy byłam zadowolona z getta. Chodziłam do freblówki, do ogródka. Byłam tam na przedstawieniu Dobry Doktor Ojboli (wielkie przeżycie). Mamusia uczyła mnie czytać i pisać (bezskutecznie). Potem nastał głód i zachorowałam na tyfus. Babcia Rózia siedziała przy mnie i jak bajki opowiadała zdarzenia z życia rodziny – wszystkie pamiętam! Potem dostałam gangreny rąk i nóg. Znowu było źle. Do dziś widzę babcię, jak drze prześcieradło, moczy we wrzątku – jedynym lekarstwie i okręca mi palce…

Trzeba było przenieść się z Nowolipek, bo mieszkanie było za duże i za dużo ludzi: trudno było się ukryć… Ja z Rodzicami i z babcią Rózią poszliśmy do bloku Toebbensa na Leszno. Nie wiem, dokąd poszli inni. Więcej nikogo z nich nie zobaczyłam. Rozpłynęli się w powietrzu, zniknęli bez śladu. Na Lesznie odeszła babcia Rózia. Była w skrytce na parterze, bo chorowała na serce i nie chodziła. Skrytkę zastawialiśmy szafą. My chowałyśmy się (dopóki Mamusia nie miała numerka od Toebbensa) w piwnicy. Pewnego dnia wróciłyśmy po blokadzie, szafa zasłaniająca skrytkę babci była nienaruszona, ale skrytka pusta. Kołdra była odrzucona. Babci nie było. Tatuś powiedział: ‘poszła do nieba’. Bardzo płakałyśmy.

Leszno to ciągłe alarmy: blokada – trzeba się chować, bieg do domu, godziny bez ruchu w oczekiwaniu na odejście z domu Niemców, lęk potworny o Ojca, czy przeżył.

Niemcy wpadli kiedyś na podwórze domu, a my z Mamusia nie zdążyłyśmy zejść do schronu i razem ze sporą grupa zostałyśmy na podwórzu zapędzone w kąt przez Niemców. Oddali do nas salwę, ale ani Mamusia, ani ja nie zostałyśmy ranne, padłyśmy pod trupami innych i przeżyłyśmy.

Kiedy indziej Niemcy wygarnęli nas ze schronu i ja ‘zaplątałam’ się w grupę prowadzoną na Umschlagplatz. Nie wiem, jak to się stało, ale znalazłam się sama na piętrze budynku na Umschlagpatzu. Stałam w gównie po kostki i nagle usłyszałam: ‘Marychna!’ To był mój Tatuś Najdroższy. Wyniósł mnie pod paltem z tyłu na plecach, trzymałam się pod pachami, byłam taka mała i chuda, ze nic nie było widać. Przekupił wszystkich. Czasem w nocy słyszę wołanie ‘Marychna!’ i biegnę, ale nikogo nie ma.” *

*Maria Leszczyńska Ejzen, Jestem cała z tamtego świata, Oficyna Bibliofilów, 1999, ss. 4-6.

Magdalena Krysińska-Kałużna

Marychna Leszczyńska, urodziny, 1939 rok.

 

Marychna Leszczyńska, urodziny, 1939 rok. Na zdjęciu m.in. także bliźniaczki, Dziunia i Ewunia Bułka oraz Rysio Margules.

Udostępnione dzięki uprzejmości Doroty Merlak, córki Marii Leszczyńskiej Ejzen.

 

Comments

comments

2015 :: Stowarzyszenie Akcja Konin - Miasto dla Obywateli - Obywatele dla Miasta

Modernizacja strony www finansowana przez Fundację im. Stefana Batorego w ramach programu Obywatele dla Demokracji, finansowanego z Funduszy EOG